Niezwykłym jest to, jak mało ludzi na skutek świetnego PR-u organizacji prowadzonej przez Matkę Teresę zdaje sobie sprawę z prawdziwego oblicza „dobroczynności” tej osoby. Aborcję bez mrugnięcia okiem i głębszej refleksji nad tematem nazywała mordowaniem. Christopher Hitchens w swojej książce o złagodzonym przez tłumacza tytule „Misjonarska Miłość. Matka Teresa w Teorii i Praktyce” (The Missionary Position. Mother Teresa in Theory and Practice - Pozycja Misjonarska) przytacza znamienne słowa: “Myślę, że jest rzeczą bardzo piękną, gdy biedacy z pokorą przyjmują swój los, dzieląc go z cierpieniem Chrystusa. Uważam, że świat odnosi wielkie korzyści z cierpienia biednych ludzi.” Tymczasem sama leczyła się w amerykańskich klinikach.
Nierzadko zszokowane okrutnymi obrazami cierpienia ludzkiego i braku pomocy owym ludziom wynikającego z jasnych poleceń Matki Teresy zakonnice należące do zgromadzenia uczone były, że przez przełożoną przemawia Duch Święty i okazywanie zwątpienia w jej decyzje było grzechem pychy. Zresztą system władzy oparty na bezwzględnym posłuszeństwie panujący w zakonach dla kobiet, a w przypadku zgromadzenia z Kalkuty jeszcze potęgowany bezwzględnością i nieograniczoną władzą Teresy świetnie opisała Marta Abramowicz w książce „Zakonnice odchodzą po cichu”.
Obłudnie głoszona pochwała dla idei ubóstwa zderzała się z ogromnymi sumami pieniędzy przekazywanymi w dobrej wierze przez miliony darczyńców, które to sumy zalegały na kontach organizacji, a mniej ważni ubodzy i chorzy cierpieli w tym czasie w schroniskach, którymi opiekowały się siostry. Dogmat okazywał się ważniejszy od realnego dramatu ludzi. Cierpienie zbliżało do Boga, a dla Matki Teresy to właśnie „duchowa pomyślność” jej podopiecznych była najważniejsza.
Szaleństwo i uwielbienie dla nie-świętej Teresy trwa, a od wczoraj jest na nowo podniecane przez Kościół. Propaganda jaką uprawiała misjonarka za swojego życia służąca samo promowaniu zamiast pomocy biednym od teraz kontynuowana jest z ołtarzy.
